Niepodległość za długi

Nowa Funlandia, mityczna Winlandia wikingów, wyspa lasów i rybaków, to najstarsza kolonia brytyjska. Jako pierwsza z angielskich dominiów uzyskała niezależność już w połowie XIX wieku, na długo przed Kanadą i Australią. Jej parlament był najstarszy, po londyńskim, w całym imperium. Jednak rząd nie radził sobie najlepiej, zaledwie po 40 latach niepodległości w wyniku kryzysu finansowego trzeba było prosić o pomoc Anglię i Kanadę. Wtedy też zrezygnowano z własnej waluty na rzecz kanadyjskiego dolara, a kanadyjskie banki przejęły lokalny rynek. Podczas I wojny światowej na froncie europejskim życie straciła jedna czwarta młodzieży, a kraj zadłużył się ponad miarę. Potem było już tylko gorzej.

Podczas wielkiego kryzysu ceny ryb spadły o 48%, a papieru gazetowego, drugiego towaru eksportowego o 35%. W 1932 roku dług sięgnął prawie 300% GDP, na odsetki wydawano 65% dochodów rządowych, a 95% zadłużenia znajdowało się w rękach inwestorów zagranicznych. A kraj nie miał ani własnego pieniądza, ani własnych banków. W trakcie kryzysu 25% ludności straciło środki do życia i musiało korzystać z publicznej pomocy. Rozwścieczony tłum okupował parlament, a premier ratował się ucieczką przed zlinczowaniem.

Nowy rząd zaproponował moratorium na spłatę długów. Lecz w tym momencie interweniowała Kanada, której banki finansowały dług Nowej Funlandii i Wielka Brytania, która obawiała się utraty prestiżu finansowego przez całe imperium. Za cenę zawieszenia konstytucji i parlamentu oraz przejęcia władzy przez Królewską Komisję (jeden szkocki lord i dwóch magnatów finansowych z Kanady) dokonano restrukturyzacji długu zagwarantowanego przez rząd Wielkiej Brytanii.

Jednak w rzeczywistości gra tyczyła się nie tylko o prestiż imperium. Poza dorszami wyspa miała jeszcze coś znacznie bardziej cennego – swoje strategiczne położenie. Na początku lat 30-tych transport lotniczy dopiero się rodził, ale niektórzy, jak przewodniczący Komisji zdawali sobie sprawę z możliwości jakie daje Funlandia. Natychmiast po przejęciu władzy przez Komisję zaczęto budować lotnisko. Podczas II wojny światowej Gander było największym lotniskiem na świecie, przez które ponad 20 tysięcy samolotów z amerykańskich fabryk trafiło do Europy. Znaczenie bazy RAF w Gander dla zwycięstwa aliantów trudno przecenić, Winston Churchill nazwał ją największym lotniskowcem północnego Atlantyku.

W referendum w 1948 roku zwolennicy niepodległości przegrali siedmioma tysiącami głosów. I choć prawo wymagało ratyfikacji traktatu federacji z Kanadą przez parlament, to parlamentu już nie było. Niepodległość oddano za długi.

Lokaty strukturyzowane

Mądra nazwa, perfekcyjny marketing i wyniki, które czasami są, a czasami nie.
Lokata strukturyzowana to złożenie kilku produktów finansowych: lokaty, inwestycji i jeszcze kawałka ubezpieczenia. Coś jak amfibia, na szosie brzydka, w wodzie wolna, i jeszcze dużo pali.
Najczęściej działa to tak, że zakładamy się na przykład o cenę jakiegoś surowca, kurs waluty, lub poziom indeksu giełdowego. Jeśli dana cena czy kurs wzrośnie to dostajemy z tego tytułu premię, jeśli spadnie to i tak dostaniemy przynajmniej tyle, ile początkowo wpłaciliśmy. W języku marketingu partycypujemy w zyskach z inwestycji, przy zachowaniu 100% ochrony kapitału.
Jednak jak już wielokrotnie pisałem, nie ma nic za darmo. Partycypacja w zyskach oznacza, że nie dostaniemy tyle, ile można było zarobić, bo musimy zapłacić za ubezpieczenie i podzielić się zyskiem z bankiem. Bardzo często, nieświadomie, możemy dokonać więcej niż jednego zakładu, na przykład ceny surowców najczęściej są podawane w dolarach. Zakładamy się więc i o cenę surowca, i o kurs złotówki do dolara. Na pierwszym możemy zyskać, ale na drugim stracić. Lub odwrotnie. Istotne jest też jak definiujemy punkt odniesienia: czy jest to cena z dnia za trzy lata do ceny dziś, czy na przykład średnia cena ostatniego miesiąca lokaty. Im bardziej skomplikowana struktura tym większa możliwość ukrycia zysku tego, kto tę strukturę stworzył.
Gdybyśmy mieli więc możliwość samodzielnego zainwestowania w dany surowiec czy indeks to nasze zyski były większe, a prowizje mniejsze. A rzeczywistość Internetu ułatwia także inwestowanie w coraz bardziej egzotyczne rynki. Z drugiej strony, jeśli potrzebujemy pewności i bezpieczeństwa to nie ma nic mądrzejszego niż lokata bankowa, „z urzędu” i „za darmo” ubezpieczona przez BFG.
Nie znaczy to jednak, że struktury są całkiem bez wartości. Ich największą zaletą jest strategia, pomysł zainwestowania właśnie teraz i właśnie w dany surowiec czy akcje spółek robiących coś fajnego. Twórcy strategii zazwyczaj mają większą wiedzę niż przeciętny ciułacz.
Niestety pobieżny przegląd historycznych wyników takich lokat raczej jest umiarkowanie optymistyczny. Choć większość przyniosła zysk, to był on słabiutki. Przeciętnie około 2,5% rocznie. Tyle co na normalnej lokacie. A biorąc pod uwagę, że struktury przeważnie wymagają inwestycji 2-3 letnich, to te już zakończone zakładane były w czasach sporo większych stóp procentowych. Co oznacza, że lepiej było zrobić zwykłą lokatę.

Wielki Gatsby

Czy pamiętacie Wielkiego Gatsbiego? Tytułowy bohater Jay Gatsby to prosty chłopak z ubogiej rodziny, który ciężką pracą i sprytem wszedł na szczyt drabiny społecznej Nowego Yorku. Nawet i jemu nie dali spokoju ekonomiści. Sprawa jednak jest poważna. Krzywa Wielkiego Gatsbiego opisuje jeden z większych problemów współczesnego świata.

Na jednym wykresie ekonomiści połączyli dwa ważne wskaźniki. Wskaźnik Giniego (to taki włoski naukowiec sprzed stu lat) pokazuje nierówności w dochodach. Im większy wskaźnik tym większe nierówności. Na dole tabeli są egalitarne, protestanckie kraje skandynawskie, na górze pełne nierówności kraje południowoamerykańskie i południowoafrykańskie. Polska jest tu gdzieś pośrodku europejskiego peletonu.

Drugim czynnikiem jest prawdopodobieństwo awansu społecznego dzieci wobec pozycji zajmowanej przez rodziców, mierzone na przykład statusem majątkowym. Biedny James Gatz, który został bogatym Jayem Gatsbym był przykładem ruchliwości społecznej i ekonomicznej. I stąd nazwa krzywej. Przeciwieństwem takiej ruchliwości jest dziedziczenie przez dzieci pozycji społecznej i statusu materialnego rodziców.

Przedstawienie na jednym wykresie tych dwóch wskaźników dla kilkudziesięciu krajów pokazuje wyraźnie, że im większe zróżnicowanie bogactwa tym mniejsza ruchliwość społeczna. Albo mówiąc wprost, że nierówności są dziedziczne. Im większa koncentracja majątków w rękach nielicznych tym mniejsze szanse na awans społeczny pozostałych.
Na jednym krańcu krzywej znalazły się kraje skandynawskie o małym zróżnicowaniu bogactwa i dużej ruchliwości społecznej, na przeciwnym Brazylia, Peru i Chile, gdzie majątek i wpływy są silnie skoncentrowane, a pozycja społeczna dzieci zdeterminowana już w chwili urodzenia statusem rodziców. W środku stawki mamy Hiszpanię, Nową Zelandię, Singapur i Stany. Z bliższych nam krajów Niemcy są zdecydowanie przesunięte bliżej skandynawskiego końca.

Krzywą Gatsbiego wymyślił jeden z doradców prezydenta Obamy podczas dyskusji dotyczących problemów wewnętrznej polityki amerykańskiej. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie by wykorzystać ją szerzej. Niestety nie znalazłem danych, gdzie na tej krzywej my się znajdujemy. A znacznie ciekawsze od stwierdzenia gdzie jesteśmy, jest pytanie dokąd zmierzamy. Czy w stronę Skandynawii, czy jednak raczej bliżej nam do południowoamerykańskich oligarchii. W dyskusji w Stanach kontrowersje budziło nie aktualne położenie w środku stawki, ale właśnie oczekiwany kierunek zmian – w stronę wzrastającej nierówności i malejącej mobilności.

Jak określił to jeden z amerykańskich dyskutantów, tym razem matematyk, nie ekonomista, krzywa Gatsbiego okazuje się być raczej drogą do zniewolenia.

Dlaczego Napoleon przegrał

Wojny napoleońskie to temat pozornie daleki od współczesności, a tym bardziej od finansów. Nic jednak bardziej błędnego. Przecież to Napoleon powiedział, że do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy.
Nie jestem fanem Cesarza, nie potrafię wymienić jego generałów ani marszałków, ani tym bardziej dyskutować o mistrzostwie jego strategii. Trudno jednak przejść obojętnie wobec historii wojen toczonych przez kilkanaście lat na obszarze całej Europy, a nawet sięgających Karaibów i Afryki. Nie mówiąc już o naszych naiwnych rodakach, którzy ginęli za Cesarstwo myśląc o Polsce. Tym bardziej, nie będąc znawcą tematu, nie sposób nie zastanowić się, dlaczego pomimo geniuszu Cesarza, pomimo tylu kolejnych zwycięstw jego epopeja zakończyła się porażką, a zwycięzcą okazała się Anglia, która poza sukcesem bitwy pod Trafalgarem nie miała zbytnio czym się chlubić. Jak mówi przysłowie: Anglia przegrywa bitwy, lecz wygrywa wojny. Albo: Anglicy przegrywają wszystkie bitwy, oprócz ostatniej.
Wyjaśnienie jest proste. Od zawsze wojny toczono na kredyt. Kto miał lepszy kredyt wygrywał. Z zestawienia oprocentowania obligacji państwowych wynika, że przez kilkadziesiąt lat wojen toczonych przez Anglię z Francją od 1753 do 1815 roku, od wojny siedmioletniej, przez udział Francji w amerykańskiej wojnie o niepodległość, aż po wojny napoleońskie zawsze Anglia mogła pożyczać dużo taniej niż Francja. Francja niezależnie czy królewska, rewolucyjna, czy cesarska zawsze musiała płacić drożej. Różnica sięgała najpierw dwóch punktów procentowych, potem siedmiu, w którymś momencie skoczyła nawet do 10%. Jedynie przez chwilę, gdy armia brytyjska musiała się poddać amerykanom pod Yorktown cena długu obu państw wyrównała się. Cena długu, jak pisałem o tym już poprzednio w jednym z wpisów, to oczywiście ocena wiarygodności danego państwa, wyraz wiary bankierów, że dłużnik będzie mógł i będzie chciał oddać pożyczone pieniądze. Jak widać „rynki” zawsze bardziej wierzyły w Anglię. Co ciekawe nowoczesna napoleońska Francja, mimo imponujących militarnych zwycięstw nigdy nie była w stanie pożyczać na lepszych warunkach niż stara Francja królewska.
Tak więc, to nie żołnierze Wellingtona, ale maklerzy z londyńskiego City pokonali Napoleona. Nie bez powodu właśnie po wojnach napoleońskich City zostało finansową stolicą świata. Od tamtych lat minęło wiele czasu. Przynajmniej w naszej części Europy nie prowadzimy dziś wielkich wojen. Tamte pola bitewne zamieniliśmy na atrakcje turystyczne. A City wciąż zwycięża!

Giełda – pod prąd

Giełda bywa nazywana barometrem gospodarki. Co może nawet jest i prawdą w Ameryce, ale niekoniecznie w Polsce. Wykresy, wskaźniki, mądro brzmiące słowa ekonomistów sugerują, że giełda to coś bardzo racjonalnego, mierzalnego, niemalże wiedza ścisła jak matematyka czy fizyka.
Jednak w rzeczywistości do opisu giełdy lepiej niż ekonomia pasuje socjologia czy psychologia. Mamy tu mody, trendy, sekty wyznawców określonych szkół i mistrzów, za którymi idą tłumy. Tak jak w latach 1995-2001 mieliśmy bańkę internetową (5 krotny wzrost cen, lekko licząc), tak w połowie XIX wieku bańkę kolejową (2.5x), a wcześniej bańkę budowy kanałów.
Jedną z uznanych metod inwestowania jest tak zwana analiza techniczna – czyli sztuka czytania wykresów giełdowych. Stąd już tylko krok do „japońskich” wykresów świecowych, pełnych poetyckich nazw jak trzy kruki, powracająca jaskółka wzrostu czy wisielec. Idąc dalej mamy tak precyzyjne narzędzia analityczne jak kalendarz spiralny, liczby Fibonacciego, a nawet kalendarz Azteków (tak, ten sam co przewidywał koniec świata w 2012 roku).
Częstym zjawiskiem na giełdzie jest wzrost cen w oczekiwaniu na dobrą wiadomość – dyskontowanie przyszłości, i spadek, gdy coś dobrego dla gospodarki już się wydarzy – wtedy mówimy, że dobre wiadomości już „są w cenie”. I na odwrót, na naprawdę złą wiadomość giełda potrafi zareagować pozytywnie – wzrostem cen.
Czasami można mieć wrażenie, że gra na giełdzie przypomina zabawę w szukanie większego durnia od nas. Kupujemy drogo bo liczymy, że sprzedamy jeszcze drożej. Pewna słynna, także w Polsce korporacja taksówkowa, została wyceniona drożej niż wielkie koncerny samochodowe, które produkują, między innymi, jej taksówki.
I tylko stara mądrość „kup tanio, sprzedaj drogo” pozostaje oazą rozsądku. Ba, ale skąd wiedzieć, czy dziś jest już tanio. Jutro może być jeszcze taniej, a pojutrze nawet taniej niż tanio.
Praktycznym sprawdzianem obecności określonych mód czy szkół jest fakt, że praktycznie co roku kto inny jest ogłaszany mistrzem giełdy. Trudno znaleźć fundusz, czy zarządzającego, który co roku jest lepszy od innych. Po prostu dana strategia – czyli moda, na przykład na małe spółki, na biotechnologię, na sektor budowlany albo i na banki (tak, to się kiedyś kupowało!) działa tylko przez jakiś czas, a potem pojawia się nowa.
I stąd już łatwo o wniosek, że giełdowy tłum zazwyczaj nie ma racji, i wbrew przysłowiu kupuje drogo, a sprzedaje tanio. W tej sytuacji najlepszą strategią może być tytułowa gra na przekór, pod prąd, co ładnie po angielsku określa się jako contrarian investing.

Srebrna igła

Na początku 1980 roku cena srebra skoczyła do 50 dolarów za uncję (niecałe 30 gramów), choć jeszcze rok wcześniej wahała się koło 6 dolarów. Wtajemniczeni mogli zarobić 700%. Potem, przez kolejne 20 lat cena utrzymywała się na poziomie 5 dolarów. Na wykresie wygląda to jak tatrzańska iglica, i stąd nazwa srebra igła, lub srebrny czwartek, na pamiątkę 27.03.1980, gdy cena srebra w ciągu jednego dnia spadła o połowę.
Historia tego fascynującego zdarzenia to nie tylko opowieść o wielkiej spekulacji, ale i o wielkim problemie ówczesnej i obecnej gospodarki. Lata 70 w Stanach, tak jak i teraz, były okresem nieograniczonego drukowania papierowych dolarów. Wtedy, inaczej niż dziś, skończyło się to dużą inflacją, nawet powyżej 10% rocznie. Ci, którzy mieli dużo pieniędzy, jak dwaj bracia, naftowi milionerzy z Teksasu, musieli znaleźć dla nich bezpieczne schronienie. Lecz do połowy lat siedemdziesiątych Amerykanie nie mogli posiadać złota. Bardzo to zresztą ciekawe, że taki demokratyczny i wolny kraj może mieć takie drakońskie prawa. W zastępstwie złota wybór padł na srebro. Bracia kupowali zarówno metal w fizycznej postaci, jak i kontrakty giełdowe na przyszłą dostawę srebra, korzystając z kredytów pod zastaw tych kontraktów. Podobno wykupili od jednej trzeciej do nawet połowy światowego srebra dostępnego w handlu. W tym momencie nastąpiła interwencja władz, ograniczono handel giełdowy na kredyt oraz uprzejmie zwrócono się do banków o powstrzymanie od finansowania spekulacji. I to był koniec, ceny spadły tak szybko jak urosły, tworząc na wykresie obraz tytułowej igły.
Fenomen niebywałego wzrostu i spadku cen, na takim rynku jak srebro powinien być ostrzeżeniem dla wszystkich początkujących graczy giełdowych, pokazując jak potężne siły i pieniądze potrafią być zaangażowane na rynku i kształtować ceny. Dla wielu srebrna igła z 1980 roku jest klasycznym przykładem finansowej manipulacji, spisku na naprawdę wielką skalę.
Jednak dla części obserwatorów jest to przykład jak groźna może być wszechwładza i oderwanie pieniądza od realnej wartości. Zwykły obywatel, nawet najbogatszy, nie ma możliwości ochronić swojego majątku przed inflacyjną utratą wartości, nie może zabezpieczyć się przed manipulacjami polityków. A dwaj bracia z naszej opowieści okazują się raczej sami ofiarami spisku władz niż spiskowcami.
I dlatego srebrna igła już na zawsze powinna być dla nas wszystkich przestrogą.

Bezpiecznym poziom zadłużenia

Jaki jest bezpieczny poziom zadłużenia ? To jedno z podstawowych pytań finansowych, na które musi sobie odpowiedzieć prawie każdy z nas. Jednak o dobrą odpowiedź trudno.
Najłatwiej jest w przypadku przedsiębiorstw. Mamy bogatą teorię i praktykę, doświadczenie w postaci tysięcy firm na całym świecie, które zbankrutowały, bo były za bardzo zadłużone. Podstawowa reguła mówi, że zadłużenie nie powinno przekraczać 3-krotności rocznego zysku gotówkowego, jakkolwiek by zdefiniowanego. Jednak od tej prostej reguły można od razu podać wiele wyjątków. W rzeczywistości zdolność kredytowa firmy zależy od wielu czynników jak na przykład branża, pozycja firmy w branży, wielkość, itd., itp.
W przypadku państw jest już trudniej. Wprawdzie jest na przykład reguła 60% zadłużenia publicznego w stosunku do PKB, ale ani nic z niej nie wynika, ani nie wiadomo skąd się wzięła. Zadłużenie większości państw Unii znacznie przekracza ten poziom. Niemcy z zadłużeniem na poziomie 75% PKB (dane z początku 2015) są uważane za najbardziej stabilny finansowo kraj, z najwyższym ratingiem AAA (jak pisałem o tym w jednym z wcześniejszych wpisów). Węgry, które wcale nie są finansowym mocarzem mają poziom zadłużenia bardzo zbliżony do Niemiec. A Polska ma zadłużenie mniejsze. Także i tutaj poza matematyczną regułą znaczenie mają inne czynniki – jak np. potęga niemieckiego przemysłu i siła marki Made In Germany, nawet pomimo wpadki VW. I dlatego Japonia może mieć większe zadłużenie od Grecji i nie bankrutować.
Dla gospodarstw domowych punktem odniesienia także musi być roczny dochód. Jednak inne znaczenie ma dochód osoby o stabilnej przyszłości zawodowej, jak informatyka czy stomatologa, inne pracownika, który w każdej chwili może stracić pracę. Bardzo ważne jest, na jakim etapie rozwoju jest nasza kariera: czy zaczynamy pracę i możemy wierzyć, że nasze wynagrodzenie będzie rosło, czy też osiągnęliśmy szczyt i lepiej już było. Nie mniej istotne jest z czego wynika nasze zadłużenie – czy z konsumpcji „ponad miarę”, czy z długoterminowych kredytów hipotecznych dostosowanych do naszych możliwości. A częściej chyba się zdarzało, że takie kredyty były dopasowywane raczej do apetytów, niż do realiów płacowych.
Również statystka nie pomaga w ustaleniu ile można, a ile jest za dużo. Według opracowania McKinsey Global Institute statystyczny Duńczyk przed kryzysem 2007 roku zadłużony był dwukrotnie więcej niż Amerykanin, ale 20 krotnie rzadziej miał problemy ze spłatą długów. W Danii 2,5 krotność zadłużenia do dochodu była OK, w USA niewiele ponad jednokrotność to było już zbyt wiele.
A to niestety oznacza to, że nie ma żadnej złotej reguły, jednej odpowiedzi, która ułatwi nam życie.

Otwarta Licencja www.renardyn.pl Finanse i gospodarka dla wszystkich.